14 lutego 2009

Elect The Dead (Serj Tankian, 2007)



Pisząc recenzje Scars on Broadway chyba zobowiązałem się jednocześnie do wyrażenia opinii o Elect The Dead, pierwszej solowej płycie Serja Tankiana, byłego wokalisty zespołu System of a Down. Trzeba przyznać, że ten album dużo bardziej odbiega od rytmów poprzedniej grupy względem Kalifornijskiej grupy Darona, pozostały już chyba tylko akcenty wokalisty, bo nawet barwa jego głosu wspięła się na wyżyny, nieco ponad dokonania w SoaDzie.


Gitary i perkusja w poprzednim składzie były, ale podobnie jak w przypadku Scars on Broadway, u Serja również dołączył instrument klawiszowy – w tym przypadku fortepian/pianino (niepotrzebne skreślić), który według mnie idealnie pasuje do barwy głosu wokalisty i nadaje całości nowy wymiar, tak więc w zwrotkach słychać wyraźnie melodie, czasami o pogrzebowym, czasami enigmatycznym lub wesołym brzmieniu. Pojawia się też często chórek czy nawet dwa nagraniu śpiewu wokalisty spotykają się, niestety na koncercie raczej ten chwyt się nie uda :P . Ale jeśli chodzi o mroczne lub wesołe brzmienia, to warto rozpisać się szerzej na temat piosenek, bo jest o czym pisać.

Jak pisałem w recenzji Scars on Broadway – obydwie płyty są genialne, ale na różne sposoby. To trafne stwierdzenie, bo po prostu tak jest ;) . Słucham tą płytę od całkiem długiego czasu, ale dopiero zaczynam poznawać wiele piosenek. Warto wgrać sobie płytę na ipoda czy walkmana, bo niewiarygodnie wciągają odrywając nas od rzeczywistości. Każda ma w sobie coś niesamowitego, nawet jeśli jest to ponura melodia przy której można się powiesić. Ważne, że czuć w tym powiew geniuszu. Scars on Broadway przegrywa pod wieloma względami z Serjem, szczególnie jeśli chodzi o emocjonalność i przekaz. Każda jego kompozycja ma coś do powiedzenia, coś pokroju morału czy fabuły, ale ujęte w melodii i tekście piosenki, które w połączeniu potężnie działają na zmysły. Słuchając po raz setny Lie lie lie aż chce się śpiewać razem z wokalistą, a to wszystko za sprawą idealnego dopasowania słów do melodii, ta nierozłączna kompozycja w pojedynkę może wybijałaby się nieco ponad przeciętność, ale w połączeniu efekt jest tak niewiarygodny, że aż ciarki przechodzą. Takie dokładnie miałem uczucie pierwszy raz słuchając Sky Is Over – kiedy pod końcem piosenki spodziewam się ostrego przejścia w refren, który z resztą zdążyłem przed chwilą poznać, Serj delikatnie powtarza tekst przez krótką chwile a całość zdaje się spowalniać, by po chwili przyspieszyć z pełną mocą. Chwyt w muzyce który wydaje się być ograny na wszelkie sposoby nabiera nowego wymiaru, a to właśnie potęguje geniusz płyty. Co do tekstów piosenek – porównam to najlepiej do White Stripes, słucha się tego wyśmienicie, a osoby znaczące biegle język angielski będą podwójnie zadowolone, bo podobnie jak w utworach Whitów, piosenki Serja są błyskotliwe i zaskakują treścią. Warto bliżej przyjrzeć się tekstom Lie lie lie, Sky Is Over, Empty Walls itd., ponieważ powalają treścią. Nie będę pisał które piosenki polecam, bo podobnie jak w przypadku System of a Down czy Metalliki, po prostu polecam posłuchać dokładnie całe płyty. Wszystkie piosenki są wyśmienite, każdej trzeba dać szanse.

Zauważyłem również na płycie ciekawy chwyt, mianowicie elementy piosenki przemieniają się ze smutnych na wesołe i przekładają się te elementy na zmianę, a efekt jest taki że mroczne momenty przygotowują nas na szybkie przejście w jasne, piękne i szczęśliwe momenty. Efekt końcowy świetny. Jest jeszcze wiele różnych smaczków, np. w jednej piosence (nie powiem jaka, sami poszukajcie ::D ) pomiędzy zwrotką a refrenem jest ciche przejście, ale jeśli włączycie piosenkę głośniej słychać odliczającego szeptem mężczyznę, jeśli się wsłuchać w jego odliczanie nasza uwaga zostaje rozproszona, zaczynamy myśleć jakim cudem mogliśmy nie słyszeć tego wcześniej lub czy na pewno nam się nie przesłyszało, ale wtedy zaczyna się ostrzejszy fragment i poznajemy piosenek od innej strony. Za to w innej piosence kiedy śpiewa Serj to jego drugie nagranie dośpiewuje jego własną melodię i już całość przestaje być taka schematyczna. Są to bardzo pomysłowe sztuczki Serja, ale takie zabawy bardzo mi się podobają ;P .

Cóż, chyba jednak Serj radzi sobie nieco lepiej w karierze, a w każdym bądź razie nie jest taki zarośnięty i nie wygląda jak mroczny dziadek-metal jak to jest w przypadku Darona. Elect the Dead to płyta której nie znać to grzech, ale nie jest to muzyka dla niewyżytych kiboli słuchających hip-hop i zachwycających się byle gównem (najodpowiedniejsze wyrażenie), Emo też nie powinni być zadowoleni mam nadzieje, niech wracają do Marilyna Mansona (z całym szacunkiem dla jego muzyki, ale już nie dla jego stylu bycia), ale każdy wymagający czegoś więcej od muzyki powinien być zadowolony. Muszę powiedzieć, że chyba jestem zadowolony że SoaD rozpadł, jedyne czego żałuje to tego, że nie byłem na koncercie bo to legenda muzyki, ale „lepiej spłonąć niż powoli wygasać”, a już najlepiej odrodzić się na nowo ;) . Płyty Mezmerize i Hypnotize już za bardzo odbiegały stylem od Serja, a zbyt mocno czuć było przewagę Darona, dlatego tym bardziej Elect The Dead polecam, bo jest to świetna odmiana od typowego rocka czy metalu, ale z wciąż ostrymi rytmami. Zaliczam ją do „posłuchaj koniecznie” z dużo większą pewnością niż Scars on Broadway. Wracając do cytatu podanego kilka linijek temu – najbliższe recenzje będą dotyczyć Nirvany :] . Gorąco polecam, warto.

PS Za niezgodność podanej liczby piosenek w recenzji płyty Scars on Broadway przepraszam, ale wciąż nie mam pewności ile ich jest :p .



CD1:

1. Empty Walls

2. The Unthinking Majority

3. Money

4. Feed Us

5. Saving Us

6. Sky Is Over

7. Baby

8. Honking Antelope

9. Lie Lie Lie

10. Praise The Lord And Pass The Ammunition

11. Beethoven's C***

12. Elect The Dead


CD2:

1. Blue

2. Empty Walls (Acoustic)

3. Feed Us (Acoustic)

4. Falling Stars



Płyta Elect The Dead na:

Empik | last.fm | Muzyka Onet


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz